I’ve added a subpage to my personal account on Facebook, so you can reach me there more easily if you like: https://www.facebook.com/radicallyreal
best,
K
I’ve added a subpage to my personal account on Facebook, so you can reach me there more easily if you like: https://www.facebook.com/radicallyreal
best,
K
The following is from an autobiography by Hiroyuki Itsuki, Tariki. Itsuki quotes from a play by Hyakuzo Kurata about the life of Shin Buddhist monk, Shinran. I have decided to put it up here because it resonates rather nicely with an overall feeling of sadness I think should not be banished as if it was a virus, but considered a valuable source of life teaching. Yet, I find there aren’t many people willing to tune into it. I see a culture of forced optimism and autosuggestion all around. An oppressive regime of complusive happiness. No wonder profound depression and anxiety bubble up from beneath the surface of this facade ever so often. Anyway, Shinran, an old, experienced master, is having a conversation with a young student called Yuien. Here is how it goes down:
Yuien, gazing outside, says softly to Shinran, “Master, I have been feeling so sad lately. Sometimes, even just watching people walking down the street, I am overcome by a feeling of sadness and I start to weep. Is there something wrong with me?”
Shinran replies, “There’s nothing wrong with you. You’re fine, Yuien, just fine. If you feel sad, feel sad. There’s nothing you can do about it.” Yuien asks again, “Does even a person such as yourself, master, feel sad at times?
Shinran replies, “I am sad, too. But, Yuien, this sadness you are feeling now and my sadness are a bit different. Your sadness will pass with time. It is a sadness that can be cured, but the sadness I feel is a profound, weighty sadness that has sunk deep into my very bones. And I know that I will carry this sadness with me for the rest of my life.”
He continues, “The time will come when you can understand this true sadness I speak of, when you will come to feel it for yourself. Yuien, when that time comes, do not try to escape from that sadness or ignore it or pretend you don’t feel it. Do not deceive yourself, but look right into it and follow your heart. That true sadness is your fate, trying to teach you something.”
11 listopada Warszawa obserwowała, jak obchody Święta Niepodległości przyjmują dwoistą postać Marszu Niepodległości i towarzyszącej mu blokady. Przez cały dzień konflikt wisiał w powietrzu. Po ciągnących się od rana godzinach przygotowań i spokojnych początkach, sprawy dojrzały do tego, by wymknąć się spod kontroli. Szczęśliwie, prawie nikt nie odniósł poważnych obrażeń i w momencie, gdy nacjonalistyczni bojówkarze wyrwali się spod nadzoru policji, by krążyć ulicami stolicy po marszu, większość protestujących znalazła już schronienie.
Uczestnicy Marszu Niepodległości stanowili tę samą, co zwykle, łatwą do zidentyfikowania mieszankę nacjonalistów i pseudokibiców, spośród których prawie wszyscy to młodzi mężczyźni ukrywający twarze za szalikami czy kominiarkami. Dodatkowo pojawiło się kilku populistycznych prawicowych intelektualistów, których poglądy są zbieżne z mizoginistycznymi i rasistowskimi ideami ruchu. W liczbie kilku tysięcy (od 6 do 20, zależnie od źródła informacji medialnej) zgromadzili się na pl. Konstytucji. Tłum innych – głównie przyjezdnych pseudokibiców – zbliżył się do grup blokujących z przeciwnego kierunku, nadchodząc od Pałacu Kultury. Uzbrojeni w biało-czerwone flagi, kije bejsbolowe, pałki i petardy, byli gotowi do walki ulicznej i zdeterminowani, żeby do niej doprowadzić.
Na ich przeciwników złożyli się działacze lewicowi wszelkiej maści, liberałowie, Antifa i zwyczajne rodziny z dziećmi. Razem reprezentowali ledwie koordynowaną kontrnacjonalistyczną próbę zablokowania marszu. Ogółem ok. 2000 osób. Niektórzy z nich gotowi byli ukryć twarze z obawy przed nacjonalistami rozkoszującymi się w robieniu zdjęć i tworzeniu internetowych baz danych swych znienawidzonych lewicowych wrogów. Podczas przygotowań do głównego wydarzenia dnia doprowadzono do szeregu wewnętrznych podziałów i nie było zbyt jasne, czy Kolorowa Niepodległa, łagodna acz głośna frakcja przyciągająca wiele osób znanych i zwykłych przechodniów, weźmie udział w blokadzie. W każdym razie Kolorowa zadała sobie wiele trudu, by nie wykroczyć poza rozwodniony przekaz liberalny sprowadzający się do promocji tolerancji i sprzeciwu wobec przemocy. Politycznego radykalizmu obecnego wśród socjalistów i anarchistów rozproszonych po Marszałkowskiej skrzętnie unikano na platformie Kolorowej, kreującej atmosferę przypominającą festyn osiedlowy. Protestujący przeciwko marszowi wydawali się odczuwać dyskomfort z powodu swego uczestnictwa w tej niezręcznej koalicji. Doprawdy kolorowa mieszanka.
Wbrew anarchistycznej niechęci wobec policji. tym razem należy jej się wdzięczność. To dzięki wysiłkom oddziałów policyjnych, które liczebnie znacznie przewyższały pseudo-faszystów i blokujących marsz, blokada nie została zmiażdżona. Gdyby nie policja, nie byłoby czego po nas zbierać. Jednocześnie mieliśmy szczęście, że nie dostała rozkazów, które byłyby niekorzystne dla większości protestujących. W instytucji sił bezpieczeństwa nie ma niczego, co stawiałoby je po stronie lewicy. Istotnie, można dowodzić, że jest wprost przeciwnie. Niemniej, ponieważ dla policji wypełnianie rozkazów jest zazwyczaj sprawą najwyższej wagi, tym razem blokujących i protestujących oszczędzono. W podupadających zachodnich demokracjach liberalnych społeczeństwa są coraz uważniej monitorowane przez państwo. Państwowe siły bezpieczeństwa nie będą ochraniać radykałów. Myśląc inaczej, popełniamy poważny błąd oceny sytuacji. Jako radykałowie celujemy ostatecznie w zniesienie przejawów społecznej niesprawiedliwości szerzonej zarówno przez kapitał, jak i przez państwowy aparat administracyjny. Skolonizowane przez kapitał państwo jest zaś ostatecznym gwarantem status quo. Oto jednak sytuacja, w której znajdujemy się dziś: jesteśmy zmuszeni do tego, by polegać na siłach, które chcemy zwalczać.
Ta zależność od ochrony protestujących przez państwo wyraźnie świadczy o słabości koalicji antyfaszystowskiej. Jest jasne, że sprawność fizyczna jednostki nie jest priorytetem tradycji lewicowej tak, jak ma to miejsce w przypadku faszyzmu. Jesteśmy zbyt zajęci walką z kryzysami społecznymi i samokształceniem, żeby spędzać całe dnie na siłowni. Z pewnością jednak nasz brak przygotowania do odparcia sił, które źle reagują na rozsądne argumenty mówi coś o naszym braku świadomości, niezależnie od wysiłków Antify.
Tak z platformy Kolorowej, jak i z samego tłumu protestujących powtarzano wciąż , że protest jest pokojowy. I taki właśnie był. Mimo dezinformacji doniesień medialnych, to nacjonaliści użyli swojej improwizowanej broni do ataku na policję. Podczas, gdy nam coraz bardziej doskwierała nuda i tylko Samba Rhythms of Resistance poprawiała nam nastroje i podnosiła ciśnienie, bliżej pl. Konstytucji trwały autentyczne zamieszki.
Na kije, bomby z farbą i ciskane nieprzerwanie petardy, policja odpowiedziała tarczami, pałkami i armatką wodną. Nacjonaliści w końcu dostawali dreszczyk emocji, po który przyjechali. Niszczeniu samochodów, w tym radiowozów policyjnych i furgonetek stacji telewizyjnych, wyrywaniu kostki brukowej i rzucaniu nią w policję, towarzyszyły aresztowania ok. 210 osób. Warszawskie wydziały miejskie oszacowały straty na samym pl. Konstytucji na ponad 140 tys. zł. Nieokreślony, ale ponoć wysoki odsetek aresztowanych był pijany. To łatwo mi sobie wyobrazić, jechałem z grupą pijących nacjonalistów w jednym przedziale pociągu do Warszawy poprzedniej nocy, by dołączyć do blokady. Według Ministra Sprawiedliwości, Krzysztofa Kwiatkowskiego, wielu aresztowanych to zagraniczni nacjonaliści. Przyjechali wspierać swoich polskich kolegów w zadziwiającym akcie międzynarodowej (!) solidarności.
Oprócz nacjonalistów aresztowano ok. 100 członków Antify z Niemiec. Zostali zatrzymani prewencyjnie poza miejscem głównych wydarzeń, mimo że nie angażowali się oni w ofensywne działania. Najprawdopodobniej policja dostrzegła ich mobilizację kilka ulic od Marszałkowskiej, a ta była jedyną ulicą na której legalnie zbierać się mogli blokujący marsz. Bezpośrednim celem blokady było zapobieżenie przejściu marszu przez Marszałkowską i w tym zakresie okazała się sukcesem. Nie mogąc przejść, pseudofaszyści wybrali drogę okrężną i w końcu doszli do celu – pomnika Romana Dmowskiego, znanego nacjonalisty wczesnych lat dwudziestego wieku (i obiektu mitomanii i sentymentu na dalekiej prawicy). Policja była tam mniej liczna, więc mieli względną swobodę w poruszaniu się po ulicach. Członków Antify aresztowano wcześniej, a dzień lub dwa później wypuszczono bez zarzutów.
Dziwnie było stać w tłumie po tym, jak blokadę okrzyknięto zwycięstwem. “Wygraliśmy”, można było w pewnym momencie usłyszeć z platformy Kolorowej. Temu stwierdzeniu towarzyszyły jednak ostrzeżenia o tym, jak niebezpiecznie byłoby próbować wracać do domu, i że lepiej póki co zostać na ulicy pod czujnym okiem policji. Okazało się, że to prawda. Jak można było się spodziewać, koniec oficjalnego marszu był tylko początkiem burdy. Nawiedzając ulice stolicy przez cały wieczór, nacjonaliści i pseudokibice szukali sposobów na wyrzucenie z siebie frustracji. Do tego czasu większość protestujących zdążyła już schronić się we własnych domach lub u znajomych. Kilka godzin później dotarły jednak do mnie doniesienia o pobiciu grup protestujących przez prawicowych zakapiorów w metrze. Nie ma, jak Zwycięstwo.
Policja wciąż pozostawała na ulicach. Mówi się, że policjanci obawiali się bezpośredniej konfrontacji z bojówkarzami. Około 40 z nich odniosło w ciągu całego dnia lekkie obrażenia, a kilku z poważniejszymi urazami trafiło do szpitala.
Wzięte pod lupę, wydarzenia z 11 listopada powinny skłaniać do refleksji nad rosnącą popularnością reakcyjnych idei wśród Polaków. Powinny również pomóc obserwatorom uświadomić sobie, że liberalny konsensus w żadnym wypadku nie wystarczy do zwalczenia dalekiej prawicy, zawsze skłonnej do wyrażania rasistowskich, seksistowskich i prowincjonalnych sentymentów żywych w szerszym społeczeństwie. Nadrzędnym celem radykalnej lewicy, antykapitalistycznej lewicy, jedynej autentycznej lewicy, powinno być przebudzenie z drzemki tych środowisk społecznych, które dziś są mobilizowane w kierunku konserwatywnej i faszystowskiej ideologii i polityki. Konserwatyzm ma wiele twarzy, a tylko jedna z nich jest liberalna. Strzeże interesów uprzywilejowanych elit z pomocą niedouczonych, nienawistnych mas. Inne jego twarze są jeszcze bardziej obrzydliwe i zawsze gotowe pokazać się poprzez coraz śmielsze demonstracje przemocy przeciwko wszystkim wyrzuconym poza wąskie horyzonty faszystowskiego umysłu.
Należy z kolei pamiętać i podkreślać, że “faszyzm jest tylko jedną z twarzy kapitalizmu”, jak mówił jeden z bannerów na blokadzie. Od kilkuset lat kapitalizm toczy się walcem przez społeczeństwa całego świata. Stworzył przepastne podziały społeczne, czerpiąc siłę z mięśni klasy robotniczej. Mógł też polegać na wsparciu sfrustrowanej klasy średniej, jednocześnie aspirującej do jego bogactw i przerażonej popadnięciem w powszechne wśród robotników i chłopów ubóstwo. To państwu i systemowi kapitalistycznemu potrzebna była krystalizacja i rozpowszechnienie koncepcji “narodu”. To kapitalizm spółkował z nazistowskimi i faszystowskimi reżimami przed i podczas II Wojny Światowej. I to właśnie kapitalizm, ten niesłychanie wytrzymały i znaturalizowany system ucisku, kreuje społeczną patologię umożliwiającą dziś rozkwit faszystowskich sentymentów. Pseudofaszyści pozostają ślepi na rzeczywiste, materialne korzenie własnego ucisku. Zapominają, że to kapitalizm znosi i zawsze znosił granice w drodze do zagłuszenia swojego niezaspokojonego głodu, ze szkodą dla ludzi poddanych jego funkcjonowaniu.
Oryginał znajdziesz tutaj.
Protestujący z “Occupy Wall Street” zyskują na sile, zaczynając w niewielkim parku w Nowym Jorku, zabrali się za organizację marszów w innych miastach w całym kraju.
Jak dotąd protesty wydają się napędzane wspólnym poczuciem, że stan naszej gospodarki nie jest właściwy czy sprawiedliwy. Ale protestującym nie udało się wyartykułować swoich żali – w związku z tym bierze się ich za malkontentów nie wiedzących, o co im chodzi ani czego chcą.
(Wczesna “lista zażaleń: obejmowała pewne uzasadnione zarzuty, poza tym jednak stanowiła ogólnikowy atak na “korporacje”. Z uwagi na to, że to te same korporacje, które zatrudniają ponad 100 milionów Amerykanów i wytwarzają produkty, których wszyscy używamy na co dzień, atak nie zabrzmiał dobrze w uszach większości odbiorców).
Zatem, co w rzeczywistości tak frustruje protestujących?
Czy mają się na co skarżyć?
Odpowiadając najpierw na drugie pytanie, tak, mają mocno uzasadnione powody do narzekania.
* Business Insider to jeden z najbardziej poczytnych blogów finansowych w USA.
Eksploatacja i wyzwolenie zwierząt to złożone zjawiska zależne od kontekstu lokalnego, regionalnego i narodowego. Z tego względu niełatwo poddają się generalizacji i wymagają różnej oceny w odmiennych konfiguracjach sytuacji politycznej, równowagi sił czy predyspozycji zaangażowanych ludzi. Szerzej, abstrahowanie od istotnych parametrów sytuacyjnych sprawia, że łatwo zawisnąć w próżni pustych, ahistorycznych pojęć. A jednak uważam, że podstawowe pytanie niniejszego eseju jest dziś zasadne w każdych warunkach. Czy można sobie wyobrazić różnicę w rezultatach działań podejmowanych na rzecz zmiany w zachowaniu ludzi w życiu jako jednostek (weganizm), a tych podejmowanych na rzecz zmiany stosunku współczesnej cywilizacji jako całości vis-à-vis innych zwierząt (wyzwolenie)? Te dwa podejścia rzadko rozróżniano w teorii, a co dopiero w praktyce.
Wielu walczyło i walczy o coś, co mogą nazywać wyzwoleniem, samymi nie będąc weganami i nie zabiegając wcale o weganizm. W rzeczywistości nie zabiegają zwykle o wyzwolenie innych zwierząt, a najwyżej o poluzowanie okowów zakładanych im przez ludzi. Tych aktywistów i grupy przyjęło się słusznie określać jako “welfarystów”. Niektórzy z nich zachowali wyzwolenie zwierząt jako cel deklaratywny, ale nic ponadto. W ich praktycznych działaniach stało się ono zupełnie nieobecne (1). W ostatnich latach byli oni w rosnącym stopniu kooptowani, aż w końcu stali się kolaborantami przemysłów zarabiających i spekulujących na zwierzęcej nędzy (2). Książkowym przykładem jest PETA, której główny nurt działań jest skierowany na przyciąganie uwagi mediów dla samej organizacji. Wiele z nich podejmuje się w ramach kolaboracyjnych kampanii promocyjnych przeprowadzanych we współpracy z różnymi gałęziami przemysłu i korporacjami, które wprowadzają drobne zmiany w sposobie zorganizowania zyskownej eksploatacji, jednocześnie zupełnie marginalizując – pośrednio i wprost – cel wyzwolenia. Drobne ustępstwa i większe zyski dziś dla wyzyskiwaczy dziś; sukces, promocja i pieniądze dla PETA natychmiast; wyzwolenie zwierząt pozostaje abstrakcją. Chociaż wielu zwolenników temu zaprzecza, PETA stała się częścią establishmentu, który potrzebuje jej tak samo, jak ona jego. Jej działania bardziej przypominają biznes, niż zaangażowanie społeczne. Podobnych organizacji jest wiele. Przypuszczalnie niemal w każdym kraju o znacznej liczbie aktywistów “prozwierzęcych” istnieje przynajmniej jedna taka głośna grupa.
Istnieje też inny nurt dyskursu i aktywizmu, który można a z czystym sumieniem nazwać “wyzwoleńczym”. W ostatnich latach zaczyna się i kończy na jednym słowie: weganizm. Weganizm stał się oczkiem w głowie tej części ruchu ochrony zwierząt. Miło się patrzy, jak aktywiści porządkują swoje własne życia, ale od mikrokosmosu naszego ciała do zmiany cywilizacyjnej długa droga i chyba sam Gandhi przyznałby mi rację. Przyznałby chyba też, że zagalopowaliśmy sie w tym kierunku.
Jakkolwiek wartościowy nie byłby weganizm jako postawa indywidualna – a sam praktykuję go od lat – może odwracać naszą uwagę od szerszych celów tego, po co ruch cały ruch wyzwolenia zwierząt istnieje. Istotnie, ponieważ do weganizmu zachęcić niełatwo, widzimy względne zamykanie się nowo powstałych nisz subkultury wegańskiej, które za własnym przyzwoleniem zostają odcięte od większego świata z całą jego brzydotą. Dotyczy to zresztą nie tylko weganizmu - weźmy dumpster diving, ogrodnictwo miejskie, kuchnie społeczne – wszystko co ostatecznie odnosi się do sfery osobistej z faktycznym umniejszeniem znaczenia szerszego kontekstu społecznego i politycznego. Nieco przypomina to odwracanie wzroku od spraw przykrych i bolesnych. Koniec końców, ludzie, którzy wiedzą, jak źle sprawy się mają, spotykają się i robią rzeczy przyjemne, ciesząc się swoim towarzystwem. A jednak, podobnie jak tworzenie w przeszłości zalążków nowego, moralnie czystszego społeczeństwa (komun, falansterów itd.) (3), odciętych od brudu swoich własnych czasów, dzisiejszy nacisk na weganizm jest być może wyrazem pewnego kryzysu ruchu, i jego wycofania się przed postrzeganiem eksploatacji zwierząt jako kwestii władzy systemowej. Może jest on “białą flagą bez białej flagi” – poddaniem się jeszcze zanim przystąpimy do mozolnej i niebezpiecznej kulturowej i politycznej wojny. Wyzwolenie zwierząt to fantazja, marzenie. Nie wiem, czy bardziej go pragniemy, czy boimy się, że rzeczywiście może okazać się osiągalne. Nie moglibyśmy wtedy wiecznie tkwić na marginesie społeczeństwa. Nie moglibyśmy siedzieć na swoich względnie wygodnych miejscach przez resztę naszego życia, przekonując inne “wyjątkowe” jednostki, by dołączyły do naszego małego klubu jako weganie (weganki), i przekonując siebie samych, że robimy, co w naszej mocy, klepiąc się nawzajem po plecach i dotrzymując sobie towarzystwa. Edukacja wegańska jest w tej sytuacji bezpiecznym półśrodkiem: może ją prowadzić każdy, kto zna proste odpowiedzi na utarte pytania. Nie straci z tego powodu pracy, bezpieczeństwa, życia.
Gary Francione jest aktywistą (plus kimś w rodzaju celebryty) najbardziej znanym z przyjęcia indywidualistycznego podejścia twarzą w twarz, od jednostki do jednostki, do walki z utowarowieniem zwierząt. Uważa, że inne zwierzęta zasługują na zniesienie nadanego im przez ludzi statusu własności (property) oraz na uznanie ich za osoby (personhood). Według niego, można osiągnąć ten cel poza ścisłymi ramami dyscypliny organizacyjnyjnej, bez tworzenia organizacji masowych – poprzez samą działalność edukacyjną (4). Zajmując takie stanowisko, Francione stanowi jednoosobowe apogeum podejścia skoncentrowanego na weganizmie. Przyznał wielokrotnie, że do wielu osób nie da się dotrzeć lub przekonać ich przy pomocy agitacji prowegańskiej. Mawiał jednak, że jest wystarczająco wiele osób, z którymi można skutecznie rozmawiać, że skupiając się na tym, mielibyśmy do końca życia ręce pełne roboty. Nie chodzi chyba jednak o to, żeby zapewnić sobie samym zajęcie. Oczywiście, jest wielu potencjalnych wegan. Wszyscy ci, którzy jeszcze nie są weganami, są weganami potencjalnymi; po prostu skrzętnie swój wegański potencjał skrywają przed wszelkimi próbami nawrócenia. Napewno uda się do niektórych dotrzeć, ale jeszcze jedna weganka, jeszcze jeden weganin nigdy nie wystarczą. Przy okazji cała sprawa pochłania niepokojąco dużą ilość naszego cennego czasu. Możemy tak walczyć do utraty tchu i kompletnego wypalenia, ale niestety nie do zwycięstwa. Podobnie jak inne nasze dotychczasowe zajęcia, dzisiejsze skupienie na edukacji wegańskiej pociąga za sobą istotne acz niełatwo dostrzegalne koszty – notorycznie zaniedbujemy strategiczne cele wyzwoleńcze ruchu. Brak w nim dyskusji w na temat tego, jak przełożyć rosnące szeregi wegan(-ek) na zmiany instytucjonalne, które zaneguja urzeczowienie innych zwierząt. Ponadto, z pewnością przeceniamy własną siłę liczebną i rezultaty działań. Weganie w nieskończoność przesiadują na stronach portali internetowych odpowiadających ich zainteresowaniom i aspiracjom. Te jednak giną w morzu innych portali krzewiących społeczną obojętność albo otwarcie reakcyjnych. A w internecie i tak sprawy mają się dla nas lepiej, niż w świecie prawdziwym i nieskończenie bardziej brutalnym.
Patrząc realnie, jesteśmy po prostu słabi (5), i jest to prawda, która stanowi pierwszy krok do przebudzenia z błogiej drzemki. Na pewnym poziomie – a wydaje się to być naszą własną tajemnicą poliszynela – nie jesteśmy w stanie uchwycić szerszego znaczenia naszych działań. Widzimy fragmenty, ale całość nam umyka. Skazani jesteśmy budowanie ruchu w nieskończoność od początku. Odczuwa się nadzieję (podszytą nutką nieodłącznej desperacji), że kiedy wegan będzie już dość wielu, problemy rozwiążą się same. Ale strukturalne zmiany społeczeństwa, szczególnie na skalę globalną, wymagać będą niezliczonych poświęceń, w których przepadnie niejedno wegańskie życie. Te zmiany będzie trzeba ukierunkować poprzez bardziej zdecydowane, skoordynowane i zdyscyplinowane działania, niż pokazywanie na własnym przykładzie, że bez eksploatacji innych zwierząt da się żyć. Istnieją solidne podstawy, by sądzić, że biegając od osoby do osoby czy organizując nawet systematyczne akcje prowegańskie nigdy nie uzyskamy nawet dostatecznie wysokiej liczby wegan do tego, by systemowe fundamenty drgnęły pod ich naporem.
Po pierwsze, sami wyzyskiwacze uruchamiają jedną po drugiej kampanie propagandowe i (dez)informacyjne, usiłując bez końca powiększyć swoje wpływy. Chcą dotrzeć i docierają do krajów, w których dotąd konsumpcja produktów odzwierzęcych była ograniczona, jak we wzrastających potęgach Chin i Indii. Jednocześnie pozostają silnie osadzeni w porządku kulturowym i instytucjonalnym współczesnego społeczeństwa (od zdjęć “mięsa” i mleka obok krów w podręcznikach do szkoły podstawowej, informujących nas “do czego służą krowy”, do schematów spędzania czasu wolnego takich, jak wędkarstwo i myśliwstwo, podpiętych pod społeczne wyobrażenia męskości itd.). Ideologia eksploatacji zwierząt wciąż czuje się w ludzkiej świadomości jak w domu (6): typowo wychowany w dzisiejszym społeczeństwie człowiek staje się w przytłaczającej większości przypadków wszystkożercą. Obrońcy innych zwierząt przypuszczalnie są tego świadomi, ale zachowują się, jak gdyby nie wiedzieli: nie jesteśmy jedynymi, którzy zabierają się do działania. Wyzyskiwacze wydają miliardy dolarów na propagandę i kontrpropagandę. Nawet, jeśli jesteśmy po właściwej stronie barykady, nie znaczy to, że mamy zagwarantowane zwycięstwo. Jeśli historia może nas czegoś nauczyć, to tego, że prawda nie przetrwa sama z siebie. Manipuluje nią wielu z najzdolniejszych członków społeczeństwa kuszonych zyskiem, wygodą i statusem społecznym. Stają po stronie wyzysku, wkładając w jego wsparcie cały swój talent i mnóstwo czasu. Są wśród nas tacy, którzy potrafią dorównać im zdolnościami. Mamy jednak znacznie uboższe szeregi, mniej czasu i krytycznie ograniczony dostęp do niezbędnych zasobów. To bardzo nierówna walka, w której błędy wycofania i zaniechania równają się politycznemu samobójstwu, z którego w nieskończoność podnosimy się do nowego życia, nigdy nie osiągając celu.
Sensowność promocji weganizmu jako narzędzia budowy znaczącej opozycji wobec zwierzęcej niewoli jest obwarowana kilkoma warunkami. Po pierwsze, nie może pociągać za sobą rezygnacji ze strategicznych celów samego wyzwolenia; nie może stać się kolejnym odruchem i odpowiedzią na wszystko. Po drugie, musi prowadzić do budowy trwałego, skonsolidowanego i międznarodowego ruchu masowego, który wyrwie się z objęć z apolityczności liberalizmu. W tym kontekście “apolityczność liberalizmu” sprowadza się do nieufności wobec polityki jako sfery podejmowania żmudnych i etycznie wątpliwych działań. Wielu aktywistów zdaje się wierzyć, że wyzwolenie zwierząt można osiągnąć poza i ponad polityką, oddziaływując na rządzących z zewnątrz przez presję społeczną, czyli wysuwając żądania, samemu trzymając się od polityki z dala. O ile część radykałów nie chce mieć z nic wspólnego z ociężałym biurokratyzmem aparatu państwowego, liberałowie z reguły są wobec niego bardziej ufni (7). Państwo postrzegają jako gwaranta podstawowych praw i swobód indywidualnych oraz podmiot ideologicznie neutralny w przekonaniu, że o charakterze przyjmowanych rozwiązań politycznych decydują rozgrywki wyborcze i wpływ na organy legislacyjne. Vivek Chibber dowodzi jednak, że państwo uzależnione jest głęboko od interesów kapitału (8). Eksploatacja innych zwierząt jest dziś jednym z najbardziej atrakcyjnych obszarów ekspansji kapitału (prowadzenia zyskownej działalności gospodarczej). By zachować płynność finansową, państwo musi dbać o jego interesy, tworząc dobry klimat inwestycyjny. Odpowiada ostatecznie nie przed samymi wyborcami, a właśnie przed kapitałem, który zapewnia politykom poparcie najszerszych grup wyborców, a w ostateczności może przystąpić do “strakju inwestycyjnego” lub przenieść się do bardziej przychylnego inwestycjom kraju. Państwa więc prześcigają sie w przyciąganiu kapitału i służeniu mu, działając jednocześnie na niekorzyść swoich obywateli, szczególnie w dłuższej perspektywie. Łatwość dostępu kapitału do instytucji państwa nie powininna budzić wątpliwości, a kontrowersje i sprzeciw. Koniec końców, wyzwolenie zwierząt bez obalenia kapitalizmu (9) i fundementalnej reorganizacji funkcjonowania państwa jest niewykonalne. Niechęć wobec myślenia w kategoriach politycznych – władzy, równowagi sił, strategii politycznej – jest przejawem niebezpiecznej krótkowzroczności. Carl Boggs pisze, że czas przejść do etapu tworzenia radykalnej strategii wyzwolenia, a więc “zrekonstruować teorię społeczną i polityczną tak, by w pełni uwzględniła epokową walkę o zmianę stosunków naturalnych w ramach szerszego, antysystemowego programu zakwestionowania współczesnego kryzysu” (10). Teorii etycznych i filozofii mamy pod dostatkiem, teorii politycznej jak dotąd brak. Tylko kolektywny, politycznie silny podmiot (11) będzie w stanie zakorzenić w społeczeństwie nową koncepcję życia stworzoną na bazie równości międzygatunkowej. Jego stworzenie będzie możliwe tylko wtedy, gdy aktywiści przestaną obwarowywać się w zamkniętej i oblężonej wegańskiej subkulturze, i zaczną się otwierać na gospodarcze, polityczne i (szerzej) społeczne wymiary walki o wyzwolenie zwierząt. Wymaga również, żeby zaczęli myśleć o eksploatacji zwierząt nie tylko jak o konflikcie wartości i idei, ale o konflikcie fundamentalnie politycznym.
Weganizm jest ważny dla ruchu wyzwolenia zwierząt nie ze względu na uzyskiwaną za jego sprawą redukcję w zakresie eksploatacji innych zwierząt, mieszczącą się najpewniej w granicach błędu statystycznego. Stanowi raczej punkt wyjścia do stworzenia nowej kultury i układów instytucjonalnych, wiążących się dialektycznie z wykształceniem świeżej postaci indywidualnej i zbiorowej tożsamości – nowej koncepcji ludzi jako zwierząt wegańskich. To coś znacznie bardziej dalekosiężnego, niż promocja moralnie pożądanego i atrakcyjnego stylu życia. Kiedy członkowie współczesnych względnie zamożnych społeczeństw oczekują historycznie bezprecedensowego luksusu, wielu aktywistów również zaczyna rozglądać się za nowymi smakami lodów wegańskich. A jednak nasze lekceważenie dla coraz bardziej prawdopodobnego cywilizacyjnego rozkładu nadchodzących dekad domaga się skierowania naszej uwagi gdzie indziej. Weganizm nie powinien być w naszych działaniach redukowany do narzędzia walki w ramach wąsko pojętej polityki tożsamości. Nie walczymy o prawo aktywistów do wegańskiego życia. Walczymy o wyzwolenie innych zwierząt i nas samych jako zwierząt. A naprawdę nie ma powodów do zadowolenia: pomiędzy odtwarzanymi w nieskończoność wewnętrznymi podziałami ruchu, działalnością edukacyjną tonącą w morzu kontrpropagandy, zepchniętymi do podziemia bezpośrednimi akcjami wyzwoleńczymi prześladowanych przez władze aktywistów, a symbolicznymi wyrazami sprzeciwu budującymi przede wszystkim naszą własną tożsamość, przegrywamy niemiłosiernie. W świecie targanym zmianami wielkiej skali i zasięgu, których najczęściej w ogóle nie rozumiemy w powszechnej niechęci wobec teorii, biegamy od kryzysu do kryzysu usiłując doraźnie zapobiegać najgorszym nadużyciom. Herbert Marcuse pisał: “Dziś walka o życie, walka o Eros, to walka polityczna” (12). Jeśli nie docenimy wagi polityki i strategii politycznej, zostawimy świat w tak opłakanym stanie, w jakim go zastaliśmy. Jeśli nie w gorszym.
Przypisy:
(1) Gary Francione rozróżnia stary i nowy welfaryzm. Reprezentanci pierwszego podejścia wyrzekają się wyzwolenia zwierząt jako osiągalnego celu dążeń, zwolennicy drugiego czynią je częścią swojej retoryki, usuwając wszelkie odniesienia do niego ze swojej praktycznej aktywności. Zob. Gary Francione, Rain Without Thunder: The Ideology of the Animal Rights Movement, Temple UP, 1997, 34-37.
(2) James LaVeck, Invasion of the Movement Snatchers: A Social Justice Cause Fall Prey to the Doctrine of Necessary Evil in Satya Magazine, październik 2006, http://www.satyamag.com/oct06/laveck.html, dost. 2.10.2011.
(3) Tristram Hunt opisuje tworzenie niewielkich wspólnot przez zwolenników Fouriera, Owena i Saint-Simona ok. połowy XIX wieku. Charakterystyczne dla nich było “wycofanie się z ze <<zła starego niemoralnego świata>> i próba przeprowadzenia gruntownej rewolucji moralnej na marginesie szerszego społeczeństwa. Niestety, wspólnoty upadały zazwyczaj niedługo po utworzeniu, pokazując, że w dłuższej perspektywie takie ucieczki skazane sa na porażkę. Mimo najlepszych intencji nie udaje im się uchronić przed systemem społecznym, od ktorego uciekają. Zob. Tristram Hunt, Marx’s General: The Revolutionary Life of Friedrich Engels, New York: Metropolitan Books, 2009, 65-69 i 85-86.
(4) Gary Francione, Effective Animal Rights Advocacy – In Three Easy Steps, http://www.abolitionistapproach.com/effective-animal-rights-advocacy-in-three-steps/, dost. 2.10.2011.
(5) Carl Boggs pisze, że jeśli fundamentalna zmiana polityczna wydaje się zupełnie odległa i utopijna, nie powinniśmy być zaskoczeni: “realne alternatywy wobec światowego kompleksu korporacyjno-militarnej tyranii są obecnie słabe i rozdrobnione, a temu, co mamy, brak strategicznej spójności”. Carl Boggs, Corporate Power, Ecological Crisis, and Animal Rights [w:] Critical Theory and Animal Liberation (red. J. Sanbonmatsu), Plymouth: Rowman & Littlefield Publishers, 2011, 72.
(6) Antonio Gramsci pisze, że zestaw uprzedzeń zakorzenionych w trwałych praktykach socjalizacyjnych tradycji regionalnych i narodowych składa się na bazę “społecznego rozsądku” (common sense). Może on być fundamentalnie zwodniczy, maskując lub zamglając prawdziwe problemy pod płaszczykiem uprzedzeń kulturowych. W odróżnieniu od rozsądku społecznego, “zdrowy rozsądek” (good sense) buduje się w oparciu o krytyczne zaangażowanie w istotne problemy społeczne. Harvey utrzymuje, że “próbując zrozumieć, jak buduje się konsensus polityczny, musimy nauczyć się wydobywać polityczne znaczenia z ich kulturowej powłoki”. Zob. David Harvey, Brief History of Neoliberalism, New York: Oxford UP, 2005, 39-40. Gramsci dodaje, że “problemy polityczne są maskowane jako kulturowe, i w tej postaci stają się niemożliwe do rozwiązania”. Zob. Antonio Gramsci, Selections from the Prison Notebooks (tłum. Quintin Hoare i Geoffrey Nowell Smith), London: Lawrence & Wishart, 1971, 149.
(7) Mimo istotnych różnic ideologicznych nurty liberalny i anarchistyczny zbiegają się w trendzie, który Slavoj Žižek określa mianem “polityki oporu” (politics of resistance). Žižek przywołuje hasła charakterystyczne dla tego podejścia do działalności a-/anty-/politycznej: “nie uwikłajmy się w walkę o władzę (…) w momencie, w którym celem staje się władza, wpada się w pułapkę imitowania władzy, staje się takim, jak oni (…) wycofajmy się do zakamarków władzy (…) powinniśmy po prostu wywierać nacisk na tych, którzy są u władzy, by uczynić ją bardziej odpowiedzialną itd.” Podejście to jest problematyczne z kilku powodów. Przede wszystim, według Žižka, jego zwolennicy – na przykład setki tysięcy protestujących przeciwko wojnie w Iraku czy przy okazju szczytów G8 – dają się wciągnąć w grę władzy, tj. aktywnie – choć pośrednio – władzę wspierają. Forma spontanicznej, nieskoordynowanej demonstracji poglądów stwarza dogodny układ sił tak dla mas, jak dla polityków. Protestując w tonie radykalnej moralności, ci pierwsi bombardują władzę “niemożliwymi do zrealizowania żądaniami”. Deklarują poprzez ten akt swój sprzeciw, pozostając jednocześnie w zupełnej świadomości faktu, że nie będzie miał żadnego wpływu na rzeczywiste rozstrzygnięcia polityczne. Žižek twierdzi, że w dużej części protestujący dają się wyciągnąć na ulicę nie pomimo tego, że nie będą wywrą wymiernego wpływu na proces decyzyjny, ale właśnie z tego powodu. Uczestnictwo w żmudnym procesie decyzyjnym dla wielu wydaje się być zbyt wielką niedogodnością. Z drugiej strony, “brutalni politycy” cieszą się, że przypomina im się o odległych wyższych ideałach, które dobrze jest mieć, ale których trzeba się wyzbyć w rozwiązywaniu konkretnych problemów dnia bieżącego. Pozytywne reakcje polityków na demonstracje są powszechne. Žižek mówi, że “każdy brutalny polityk lubi mieć kogoś, kto jest idealistą, kto chce niemożliwego, choć nie można tego zrealizować. To dogodne położenie”. We współczesnych demokracjach funkcjonuje niepisany pakt: “ludzie naprawdę nie chcą decydować (…) chcą, jeśli uważnie czyta się między wierszami, aby ktoś powiedział im, co powinni wybrać; chcą zwyczajnie uczestniczyć w pozorach dokonywania wyboru”. W ten sposób polityka oporu – skutkująca masą chaotycznej i niskutecznej z reguły aktywności – współgra z apatią obywateli i brakiem ich zainteresowania życiem społeczeństwa. Oba zjawiska zaś wyrażają i dopełniają skłonność liberalnej apolityczności do przesadnego sceptycyzmu wobec władzy i polityki jako takich. Slavoj Žižek, Ecology: The New Opiate of the Masses, http://www.youtube.com/watch?v=hMJdGor-sMA&feature=related, dost. 5.11.2011.
(8) Zob. Vivek Chibber, Capitalism and the State, wykład w New York Marxist School, http://www.youtube.com/watch?v=R5R-9X_BtP4, dost. 2.10.2011.
(9) Harvey tak podsumował przejawy irracjonalności kapitalizmu w ostatnich latach: “mamy masę kapitału i masę pracy, bezrobotnych, ramię w ramię w samym środku świata pełnego potrzeb społecznych. Jak głupie to jest?” To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. David Harvey, debata na konferencji Marxism 2009: The Crisis Today, Bloomsbury, 5.07.2009, http://www.youtube.com/watch?v=YYQb0fthNfI&feature=related, dost. 2.10.2011.
(10) Carl Boggs, Corporate Power…,73.
(11) John Sanbonmatsu, The Postmodern Prince: Critical Theory, Left Strategy, and the Making of a New Political Subject, New York: Monthly Review Press, 2004. Książka zawiera głęboką krytykę praktyki lewicowej ostatnich dekad, proponujac stworzenie potężnego, międzynarodowego kolektywnego aktora politycznego zdolnego do wprowadzenia nowego światowego porządku hegemonicznego w miejsce nędzy, jaką kapitalizm przynosi większości ludzi i miliardom innych zwierząt. Książę na miarę naszych czasów byłby współczesnym wcieleniem projektów Machiavellego i Gramsci’ego, stawiającym na myślenie strategiczne i skoordynowane działania polityczne oparte na trwałych, organicznych sojuszach między grupami walczącymi o inny porządek cywilizacyjny.
(12) Herbert Marcuse, Eros and Civilization: A Philosophical Inquiry into Freud, Boston: Beacon Press, 1966, XXV, cyt. za J. Sanbonmatsu, TPP, 223.
This short essay will be expanded to match the Polish version, to be published in an animal rights journal. Come back later.
I’ll indulge myself with a pinch of reductionism now. I realize the problem is much more complicated in reality, and may differ depending on context of a given country, political situation, or the predispositions of the people involved. None the less, I do believe the basic inquiry of this short essay to be valid across the map. Is it conceivable that there is a difference in outcomes when advocating for change in people’s personal ways of conducting themselves in the world as individuals (veganism) vs. when advocating for change in the stance modern civilization as a whole takes vis-à-vis other animals (liberation)? I might be wrong, but it seems to me that the two approaches have rarely been distinguished in theory, not to mention in practice.
Of course, many have sought what they may have called liberation without either themselves being vegan or advocating it at all. In fact, what they stood for wasn’t animal liberation at all, but a loosening of the shackles humans put on other animals, at most. These advocates and groups have rightly been characterized as welfarist. Increasingly, they have been co-opted and turned into collaborators of the industries profiting and profiteering on animal misery. I’m talking PETA, for instance, whose main thrust of activity is directed at garnering media attention for the organization itself. A lot of that happens through collaborative promotional campaigns for exploitative industries and corporations which introduce minor changes in the organization of profitable exploitation, all the while taking the aim of liberation – both explicitly and implicitly – off the agenda. There is a plenitude of this type of organizations. Presumably almost every country with a considerable number of “animal activists” has at least one such prominent organization.
But there is another strand of discourse and advocacy, one which might properly be called liberationist. The support and promotion of veganism has been quite well-pronounced here. Veganism itself, one could reasonably say, has become the light in the eyes of this segment of the animal protection movement. It is refreshing to see activists get their own lives in order, making what “should be” a part of their own personal “what is”. Point is, we may have been taking things too far in that direction.
As precious and virtuous as veganism is as a personal stance – and I have practiced it myself for years – it may take us away from keeping in mind the broader goals of what the entire animal liberation movement is about. Indeed, because veganism just isn’t an easy sell, we can see a relative closing up of newly-created niches of subcultural vegans, which get cut off – by their own admission – from the larger world and all of its ugliness. And this doesn’t only go for veganism – take dumpster diving, urban gardening, communal potlucks – anything that adresses the personal to the eventual diminishment of the broader social and political context. We all love good food, and we all need the support of other people to withstand being different, and interest in animal rights does set us apart from the rest of society. Bottom line is, people who already know how bad things are get together and do things that are pleasant, enjoying each other’s company. However, echoing the creation of “perfect mini-societies” (communes etc.) cut off from the filth of their own time in the past, this emphasis on veganism is perhaps an expression of a certain crisis in the movement and its withdrawal from a perception of animal exploitation as a matter of systemic power. It might just be an actual “white flag without a white flag” – giving up before going to an arduous and dangerous cultural and political war. It is as though we could sit in our comfortable spaces for the rest of our lives, getting other “exceptional” individuals to go vegan and join our little club, convincing ourselves that we are indeed doing the best we can, patting each others’ backs and keeping each other company. Not necessarily so.
Gary Francione is an advocate (and something of a celebrity) best known for adopting an individualist, face-to-face, or vegan-by-vegan stance with regard to combating animal commodification. Other animals, he thinks, deserve to have their status as human property abolished, and their personhood acknowledged. This is to be achieved outside of any sort of organizational framework, through educational activity alone. Holding these views, Francione constitutes a one-man apogee of the veganism-centered approach. He has admitted in various interviews that there are many people who cannot be reached, or convinced, through vegan agitation. He said, however, that there are so many people we can successfully talk to that we will have our hands full ’till the end of our lives doing just that. Of course, there are many potential vegans out there. We’re all potential vegans, the ones who aren’t vegans already; some just hide their vegan potential from the world carefully. But there is a fundamental problem with this approach.
I got a T-shirt as a gift not long ago. I love what it says on the front: “Anti-capitalism & Veganism”; what’s on the back, not so much: “As vegans/ we use our diet and lifestyle to protest, to boycott and to fight/ their empire of death”. We can fight to the death, and we will die. But we will never win that way. The point is that adopting this approach, we still reach a dead end. Focusing on vegan education in the present has a cost attached to it in our neglect of the strategic liberationist goals of the movement. In other words, there is no discussion within this strand of how to translate growing vegan numbers into institutional changes which will reverse the objectification of other animals. On some level – and this seems to be our own open secret – we can’t grasp the broader meaning behind our actions. We can see fragments, but the whole eludes us. In fact, one has the impression the prevailing (and underscored by an inherent sense of despair) hope is that once there are enough vegans, things will just happen of their own accord. However, there are strong reasons to believe that, following this approach, we will never end up with enough vegans for institutional change to just roll through the global systems of exploitation. That change will have to be directed with more forceful action.
One of those reasons is that the exploiters themselves launch one huge promotional campaign after another, forever expanding their reach to include countries in which consumption of animal products has been limited, like the emerging behemoths of China and India. At the same time they remain firmly embedded in the institutional order of contemporary society (from pictures of “meat” and milk next to cows in primary school workbooks, informing us “what cows are for”, to patterns of leisure activities like fishing and hunting which are hooked up to societal perceptions of manhood etc.). The ideology of animal exploitation is still feel very much at home in people’s consciousness: typically, to be raised in society today is to become an omnivore by default, and overwhelmingly so. Animal advocates supposedly are aware of this, but act as if they didn’t know: it’s not like we are the only ones doing something. The exploiters are pouring billions of dollars into counter-propaganda. Even though we are on the right side of the fight, that does not mean we are bound to win: if history has something to teach us, it’s that the truth will not prevail simply by virtue of being the truth.
In conclusion, the promotion of veganism as a tool for building up a meaningful opposition to animal slavery is conceivable only under the condition that it does not entail a forfeit of strategic goals of actual liberation. The latter can only be focused on it, seems, if animal advocates cease fortifying themselves in an enclosed and besieged vegan subculture, and begin to open up to the economic, political, and broader social dimensions of the struggle for animal liberation. To be sure, veganism has its virtues: to create a new culture and institutional arrangements built on principles of animal equality requires a new form of individual and collective identity, a new conception of human beings as vegan animals. Czy nowe smaki lodów wegańskich to coś złego? W żadnym wypadku: ludzie (w tym my!, nominalnie bardziej świadomi) oczekują historycznie bezprecedensowego luksusu, dobrze w związku z tym, że próbujemy ich zwabić różnymi metodami, dając im to, czego chcą. A jednak nasze lekceważenie dla coraz bardziej prawdopodobnego cywilizacyjnego rozkładu nadchodzących dekad domaga się skierowania naszej uwagi gdzie indziej. We are not struggling for the right of activists to be vegans. We are struggling for the liberation of other animals, and the liberation of ourselves as animals. A naprawdę nie ma powodów do zadowolenia: pomiędzy działalnością edukacyjną tonącą w morzu kontrpropagandy, zepchniętymi do podziemia bezpośrednimi akcjami wyzwoleńczymi, a symbolicznymi wyrazami sprzeciwu budującymi przede wszystkim naszą własną tożsamość, przegrywamy niemiłosiernie. W świecie targanym zmianami systemowymi i strukturalnymi, których najczęściej nawet nie rozumiemy w powszechnej niechęci wobec teorii, biegamy od kryzysu do kryzysu usiłując doraźne zapobiegać najgorszym nadużyciom. Z takim podejściem, kiedy nas już nie będzie, sytuacja nie poprawi się ani trochę.
Foxconn is the owner of a number of giant industrial complexes across China, manufacturing electronic consumer goods for the world’s 150 billion dollar industry. The company’s output, we read in a recent Wired.com article, accounts for almost 40 percent of that sum. The company was virtually unknown to the average consumer until a few years ago, when a series of worker suicides swept across the factories, most notably the Shenzen plant. Foxconn employs about 1 million people in the rapidly industrializing country, half of whom work at that very plant.
There had been a few suicides there before 2010. But when 11 workers killed themselves between March and May of that year, it was clear something had to be done to turn the trend around. Giant nets, supported by steel poles rising 20 feet above the sidewalk, were installed around every building which might be used as a jumping spot for a person determined to end their life. They seem to be working, since the suicide rates at the factory have decreased. Of course, instead of inspiring a substantial investigation into the roots of what had taken place, they have simply killed the discussion. All the ingenious means undertaken in response to the suicides were designed as a cover-up of the human tragedy that leads people to end their lives rather than endure the daily toil on the factory floor; it’s symptom control. It isn’t far-fetched to think that if the suicides hadn’t been publicized, the management would allow things to just run their usual course. Labor force is quite easily replaceable, although perhaps less so than in the past. Individual workers are thus meaningless to the employer. The interventions to prevent suicides are plain damage control. After all, the company’s image in the eyes of the West is at stake.
Aside from diminishing workers’ chances to opt out of their existence at the plant, the company big shots have attempted to explain the suicides away as something else altogether. Foxconn has suggested that numerous of the suicides committed in the last few years were really drunken accidents. This line of reasoning fits into the general trend of capitalists and managers blaming workers for drinking and lack of discipline. In the past it was used as an excuse not to shorten the working day/week. Workers were said to lack a ‘past-time culture’ and sure to spend their free time accompanied by a bottle. The exploitative rationale behind such statements notwithstanding, how can one blame workers for seeking ways to numb their alienated consciousness by any means available? Even if some of the suicides alcohol consumption as their direct cause, that does not automatically qualify them as accidents. Furthermore, it doesn’t answer the question of why there’s widespread alcoholism in the complex, if in fact there is. In other words, it cleverly avoids a discussion of the structural parameters and causes of a great deal of misery. The concept of alienation was given much attention in early Marx, and reviewed/developed by a multitude of theorists who came on the scene after him. Bertell Ollman contributes to the topic in his work Alienation: Marx’s Concept of Man in Capitalist Society, where he employs historical dialectics to shed light on the economic dimensions of our estrangement from the products of labor, from ourselves, other people and nature in general. Working from a different angle, philosophers and cultural ecologists like David Abram have emphasized the importance of reconnecting with our animal senses, from which we have become alienated by an immersion in intensive industrial systems of abstract instrumental reason and narrow technological focus*. They have thus brought a crucial ecological dimension to an explanation of our existential frustrations, which was at most implicit in Marx. While such accounts of alienation follow a different line of reasoning than Marxist ones, it is not very difficult to see how they can be used to supplement the latter.
As the largest private employer in mainland China, Foxconn is an alienation hotbed, just as Shenzen is the heart of a Special Economic Zone which attracted masses of workers with a promise of dependable, if low, wages. However, in contrast with a common neglect of worker-immigrants to the region, we read in the Wired.com article cited above, Foxconn went about doing things differently. They supposedly broke out of the norm where workers had basically found themselves living in a slum while supporting their families back home (mostly in the rural west of the country) by building dormitories which saved them from looking for luck in the streets, sleeping in their work stations, or falling victim to crime. Apparently, things don’t look so bad in this very factory: community facilities are said to resemble those of a poor university campus. Workers are bunked “up to eight per room the size of a two-car garage”. The actual work performed by the average employee/inhabitant of the complex may not look all that bad compared to our worst nightmares of what might be happening to workers in China. But the deadening routine characteristic of factory wage labor the world over proves enough to provide the conditions for a perception of day-to-day existence as pointless and leading nowhere. The consumption patterns of the West, however unfulfilling in the end as a means of giving meaning to life, constitute a promise to the expropriated of the world. This promise is, and perhaps must be, taken at face-value. Only when experienced first hand does it turn into a disappointment. The chances for Third World workers to experience that disappointment are, at the same time fortunately and unfortunately, slim. Fortunately because the disappointment of the futility of seeking relief from alienated existence in techno-gadgets is spared them; unfortunately because, not having experienced the disappointment themselves, the citizenry of developing countries seeks to emulate the West under the overwhelming influence of the capitalist cultural industry.
Antonio Gramsci was possibly the first Marxist critical theorist to pay careful attention to the dimensions of ideological control exercised by the ruling classes in capitalism (or in other, earlier forms of society, for that matter). Not just coercive force of the state, he thought, but the consent of the ruled and exploited, are required to secure the existence of an oppressive social order. Workers across the globe have internalized systems of values and norms that are harmful to their own long-term interests. They have come to speak a language that not only isn’t their own, but which burns their mouths and tongues as they use it. In its reliance upon the ideological control of the masses by the profiting elites, “capitalism is the Stockholm Syndrome made into the universal condition of humanity” (Sanbonmatsu 2009). People are usually content to have a job at all in a world where workers are divided both by internal disorganization and disagreements, as well as external pressure of having to compete in the marketplace. Under such stressful circumstances, Western technological gimmicks seem to be a much needed escape route. And at the Shenzen factory, they manufacture just that. The workers’ capacity to consume (afford) the fruits of their own labor – the basis of the Fordist mode of production and accumulation – is, at least for the time being, quite limited. So there is work pressure and a growing escapist appetite, but not very many means of satisfying it.
One obstacle to decisive action against oppression takes the form of a familiar argument that is firmly embedded in the consciousness of both the most exploited classes and the politically apathetic middle classes of the (over-)developed world. Global capitalism is thought to be so entrenched and so pervasive that we necessarily stand helpless before it. Its rising power, the Chinese behemoth is an immovable facet of an oppressive reality which cannot be meaningfully changed. That reality is so far beyond any kind of control that it seems to reproduce and propel itself forward by the force of its own momentum. In an even stronger version of the argument, capitalism is not only but endemic to humanity as such’ on this account, the insatiable appetite for accumulation is simply part of human nature.
On careful examination, this argument loses much of its power. Ellen Meiskins Wood devotes her book The Origins of Capitalism: The Longer View to an analysis of capitalism’s historical specificity: its beginnings in a set of historically unique social conditions which put pressure on certain social groups to reluctantly adopt a market orientation just to reproduce their old ways of existence. Rather than removing feudal restrictions and offering people an opportunity to exercise their natural instincts, capitalism has since inception forced them to act in such a way that they could either exploit, be exploited, or perish. It was either accumulate or die. Still, even if we correctly conclude that capitalism is historically specific and has no necessary connection to natural human behavior, it is still perceived as so deeply entrenched in institutional arrangements of modernity, that it is impossible to overthrow it. This argument also rests on surface observation rather than sustained, critical attention.
Of course, the structural aspects of bureaucratic capitalism have a tendency towards ossification. Its revolutionizing aspects notwithstanding, the conservative impulse within the system is clearly present. And what is present consistently over a span of several generations, comes across as ancient and unchangeable to the observer’s consciousness. The sheer scale of the concerns which demand her or his attention are mind-blowing. At this point we return to the problem of alienation which constitutes the subjective side of human helplessness in the confrontation with the objective complexity of global problems capitalism has bred in the last century. Social reality under capitalism escapes human comprehension and control as alienation estranges people from the fruits of their labor, from their own embodied lives, from other people, other sensitive beings, and Nature in general. Social life is dominated by the commodity form which obscures the oppressive roots of social processes and gives them an aura of autonomous, magical powers. This is Capital 101.
In reality, however deeply embedded economic and bureaucratic structures may seem, they don’t reproduce themselves automatically. They are made and remade through an infinite number of choices and decisions within human-built structures. As long as those structures are in place, the decisions are likely to fall within a predictable spectrum upholding those structures. But there is nothing necessary about the existence of the structures themselves: markets are constructed, and the world economic system is itself a result of purposeful, profit-oriented, historical evolution. These are not “natural laws” at work here. Both in principle and in reality, human will embodied in real-world collective action can decide our fate, however doomed we may seem to be.
* It is clear on Abram’s view that our denial of the primacy of embodied existence predates the industrial revolution: “A thousand years ago these dimensions (the truth hidden in dimensions not accessible to unaided senses – KF) were viewed in spiritual terms: the sensuous world was a fallen, derivative reality that could be understood only by reference to the heavenly realms hidden beyond the stars. Since the powers residing in such realms were concealed from common perception, they had to be mediated for the general populace by priests, who might intercede with those celestial agencies on our behalf” (2010:5). In the following centuries, with the coming of scientific discovery, the sensuous reality was still considered a secondary realm, with the truth of things to be sought elsewhere: under the microscope or through the lens of a telescope. Abram objects the devaluation of sensory experience, writing that “for too long we’ve closed ourselves to the participatory life of our senses, inured ourselves to the felt intelligence of our muscled flesh and its manifold solidarities. We’ve taken our primary truths from technologies that hold the world at a distance” (2010:7).
Selected Sources:
J. Sanbonmatsu, Why Capitalism Shouldn’t Be Saved, Tikkun Magazine May/June 2009, online edition;
J. Johnson, 1 Million Workers, 90 Million iPhones, 17 Suicides, Who’s to Blame?, Wired Magazine Feb 28, 2011.
E.M. Wood, The Origins of Capitalism: The Longer View, Verso 2002.
B. Ollman, Alienation: Marx’s Concept of Man in a Capitalist Society, Cambridge University Press 1977.
D. Abram, Becoming Animal, An Earthly Cosmology, Pantheon Books, New York 2010.
Od poziomu lokalnego do światowego, musimy radzić sobie z pogarszającymi się warunkami społecznymi, coraz poważniejszymi problemami, które wymykają się we wciąż rosnącym stopniu z naszej kontroli. Począwszy od tego, że psów nie wolno wprowadzać na większość publicznych trawników w mojej okolicy (co sprawia, że ich życie traci jeszcze więcej z intymnego połączenia z więcej-niż-ludzkim światem), aż po przyspieszające globalne ocieplenie (zamieniające świat w piekło dla niezliczonych wrażliwych istot), nie jesteśmy w stanie udźwignąć naszego brzemienia.
Gdziekolwiek nie walczyliśmy o bardziej sprawiedliwe społeczeństwo, od co najmniej kilku dziesięcioleci kurczyliśmy się na Lewicy do względnie słabego ruchu o niewystarczających zasobach: niewielu ludzi, mało czasu, w sumie niewiele energii. Jednocześnie zaczęliśmy w dużej mierze preferować zdecentralizowane działania luźno powiązanych sieci jednostek, organizacji i doraźnych koalicji. Było to po części konsekwencją istniejących już wewnętrznych różnic i braku dyscypliny w naszych szeregach. Jednak ta preferencja sprawiła, że staliśmy się efektywnie jeszcze słabsi: zostaliśmy względnie bezbronnym i łatwym celem dla potężnych sił kapitału i reakcji, które idą ręka w rękę aktywnie szukając sposobów na zatarcie wszelkich śladów postępu, jakiego niegdyś dokonaliśmy w kulturalnej i politycznej wojnie na rzecz wyzwolonego społeczeństwa. W okresie, który wielu z nas wydał się epoką post-historyczną umożliwiającą rozluźnienie naszych wysiłków do postaci bardziej lokalnych działań, wzięliśmy przeszłe osiągnięcia za pewnik. Zapomnieliśmy w ten sposób, że walka wciąż trwa – choćby prowadzona była w innym trybie – w społeczeństwie zdominowanym przez stanowcze lekceważenie względów społecznych przesłoniętych utowarowieniem motywowanym przez zysk. Postawa, jaką faktycznie przyjęliśmy – charakteryzująca się oportunizmem z jednej strony oraz rozdrobnieniem z drugiej – sprzyja dalszej marginalizacji Lewicy.
Ponieważ niewiele możemy wykorzystać do zwalczania ucisku i niewielu z nas, przynajmniej na razie, gotowych jest do zaangażowania w walkę, właściwa alokacja naszych zasobów jest kluczowa. Zazwyczaj rozumiemy, że należy odnieść się do strukturalnych aspektów systemu, choć czasem nie jesteśmy skłonni, by spojrzeć na jego całokształt oraz na różne, zachodzące na siebie rodzaje ucisku, jakie rodzi. W związku z tym, wielu próbowało wywrzeć wpływ na dominujące społeczne, polityczne i gospodarcze instytucje naszej doby. Praca w ramach systemu oznaczała konfrontację z hegemonią o przytłaczającej sile z niekorzystnej pozycji. W sytuacji rozdrobnienia naszych sił oraz skłonności niektórych z nich do zdrady radykalnych celów, nie dziwi fakt, że nasz Dawid wciąż dostaje łupnia od ich Goliata.
Zmiana istniejących instytucji i praktyk społecznych, czyli przekształcenie sposobu, w jaki przejawia się nasza cywilizacyjna obecność na tej planecie, jest zadaniem niesłychanie trudnym. Szczególnie w początkowych etapach tej kampanii rozbudowy ruchu kontr-hegemonicznego, tj. poza które nie jesteśmy w stanie wykroczyć, wywieranie presji na porządek ucisku wydaje się decydujące. Jedynym wyobrażalnym sposobem, w jaki można to zrobić, jest skupienie naszych zasobów na planowych, koordynowanych, zsynchronizowanych i zdyscyplinowanych działaniach dokładnie w takich krytycznych chwilach, w których siły obecnej hegemonii są najsłabsze, najgorzej zorganizowane i najbardziej skłonne do porzucenia dyscypliny wewnętrznej.
To zasadnicza kwestia zarówno wojskowej, jak i politycznej strategii dla wszystkich, których przeciwnik ma nad nimi przewagę. Wykorzystanie słabości wroga jest właściwą drogą postępowania w czasie, kiedy rozwijamy własny potencjał. Żeby się to udało, musimy przestać grać według zasad podyktowanych nam przez wroga. Sytuacje, w których się znajdujemy, albo ich percepcja, mogą zostać przekształcone w taki sposób, żebyśmy zaczęli dostrzegać wrażliwe punkty przeciwników, jakie chcieli przed nami ukryć dając nam ciągłe zajęcie. Przy skupionym przywództwie i zdyscyplinowanych, nawet mniejszościowych siłach, jesteśmy w stanie podjąć istotne kroki naprzód. Ten esej jednak to ostrzeżenie. W większej części reguły gry zostały nam narzucone. W oparciu o analizę Austina Turka oraz własne obserwacje, D. Nibert pisze, że elity kapitalistyczne dysponują wieloma narzędziami rozbrajającymi nasze ruchy (150). Przynajmniej w ramach aktualnego porządku neoliberalnego, kontrolują one państwo (Chibber 2007). To z kolei pozwala im korzystać z jego potencjału kontroli opozycji antysystemowej środkami militarnymi/policyjnymi, politycznymi, gospodarczymi, ideologicznymi i dywersyjnymi.
Taktyka dywersyjna, choć jest ściśle powiązana z użyciem innych środków kontroli, wydaje się być często pozostawać niezauważona, gdy wydatkujemy swe ograniczone – rozdrobnione – siły na walkę w przypadkach, które przynoszą nam minimalne rezultaty, ale pożerają nasze zasoby. Turk pisze: “ludzka uwaga i długość życia to zasoby ograniczone – ta banalna obserwacja ma daleko idące konsekwencje. W zakresie, w jakim retoryczne i rzeczywiste działanie prawa zajmuje uwagę i czas ludzi kosztem innych spraw – mających być może większe znaczenie dla szansy i jakości życia – prawo pełni funkcję władzy dywersyjnej” (cyt. za Nibert: 153). Długotrwałe procesy sądowe przeciwko bogatym korporacjom, wycieńczające negocjacje z potężnymi pracodawcami, przygotowanie i prowadzenie kampanii na rzecz poprawek do ustaw parlamentarnych, formułowanie i przedstawianie nowych ustaw, prowadzenie kampanii na rzecz poprawek do aktów i regulacji prawa lokalnego w pojedynkę; wszystko to są rzadko skuteczne, łatwo niwelowane, i kosztowne sposoby wykorzystywania naszego czasu. O ile nie są daremne same w sobie, sprawiają, że przegapiamy bardziej dogodne do działania warunki oraz rzadko umożliwiają rozwój ruchu. Niedawne kryzysy kapitalizmu w Hiszpanii, Grecji, we Włoszech, a także w północnej Afryce, stanowiły taką szansę. Pod nieobecność przywództwa nie udało nam się podjąć politycznie skutecznych działań i istotnie wzmocnić własnej pozycji przy pomocy uzyskanych, lub możliwych do uzyskania, zwycięstw. Wciąż bardziej reagujemy niż działamy, budząc się do życia tylko wtedy, gdy jest boleśnie oczywiste, że coś poszło bardzo źle. Dywersyjna władza prawa/państwa zajmuje nas tak długo, że w końcu jest za późno, jesteśmy zbyt słabi, zdezorientowani, i wciąż brak nam całościowej i spójnej analizy wydarzeń i możliwości.
Jeśli wyciągnąć oczywiste wnioski, wydaje się, że taktyka dywersyjna ze strony kontrolowanego przez kapitał państwa i kaleczące rozdrobnienie w naszych własnych szeregach owocują podwójnie niekorzystnym rezultatem. Nawet tam, gdzie nie dysponujemy znaczącymi zasobami, tzn. jesteśmy obezwładnieni siłą przeciwnika, można nas otumanić, i faktycznie otumaniano nas raz po raz tak, żebyśmy działali wtedy, gdy należało zachować powściągliwość. Z całym swym arsenałem prawnych, administracyjnych i proceduralnych pułapek, państwo jest idealnie przystosowane do spowalniania nas. To samo w sobie nakazuje przezorność i ostrożny namysł ze strony planujących działanie. Nieskuteczność nieskoordynowanych operacji Lewicy nakazuje z kolei silny ruch w kierunku wewnętrznej dyscypliny, budowania sojuszy i zdecydowanego zwiększenia roli przywództwa.
Zazwyczaj świadomość kryzysu ułatwia drogę do jedności. Jednak jedność budowana wyłącznie na obrazach negatywnych, tzn. na tym, jak bardzo jest źle, trwa tylko dopóty, dopóki widoczne są najbardziej przerażające oznaki kryzysu. Mimo to wydaje się, że sami ledwie doceniamy powagę obecnego, trwającego nieprzerwanie światowego kryzysu; oznaki jedności są prawie niezauważalne. Być może to dlatego, że kryzys światowy figuruje w naszej świadomości jako urzeczowiony artefakt, wciskana nam do głów przez media hiper-rzeczywistość, a nie jako nadchodzący globalny szok, który stanie się nieuniknioną rzeczywistością życia dla Ciebie i dla mnie, dla nas wszystkich. Tak czy inaczej, koniecznie trzeba wzmocnić negatywnie uzyskaną jedność pozytywną wizją zakorzenioną w solidarności, która obecnie jest z grubsza nieobecna na samej zatomizowanej Lewicy. Utrzymując, że zabieramy głos w imieniu większości ludzkości i, w coraz większym stopniu, niezliczonych innych czujących istot i światowego ekosystemu, pozostajemy na marginesie współczesnej cywilizacji.
Wybrane źródła:
V. Chibber, Capitalism and the State, a lecture given at the New York Marxist School on March 27, 2007: http://video.google.com/videoplay?docid=-8055813613889287102;
D. Nibert, Animal Rights-Human Rights: Entanglements of Oppression and Liberation, Rowman and Littlefield Publishers, Inc. Plymouth, UK 2002.